22 lipca 2017

Preikestolen - kamienny stół w Kraju Fiordów

Norwegia to dla wielu kraj marzeń. Nowoczesna, szybko rozwijająca się gospodarka, wysokie zarobki, a do tego dziewicza przyroda. Nic dziwnego, że kraj ten, mimo kapryśnej i chłodnej pogody, przyciąga ludzi z całego świata.

Królestwo Norwegii poszczycić może się wyjątkowym na skalę światową krajobrazem, w którym dominują gołe skały, błękitne wody dwóch mórz i oceanu oraz głębokie zatoki z bardzo stromymi brzegami, zwane fiordami. Fantazyjne kształty ich krawędzi często rozbudzają wyobraźnię podróżnych, zyskując sławę na całym globie i zachęcając do odwiedzin rzesze śmiałków. Jednym z takich obiektów jest Preikestolen.

Pulpit Rock, czyli płaski stół wśród kamiennych zboczy

Preikestolen to jedna z najsławniejszych atrakcji obszaru Rogaland w południowo-zachodniej Norwegii. Obiekt znajdziemy w Lysefjord, fiordzie oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od trzeciego największego miasta kraju, Stavanger. Klif ma ponad 600 metrów wysokości i przyciąga rocznie około 200 000 turystów.

Droga do Preikestolen wiedzie od hostelu Preikestolhytta aż do samego obiektu. Składa się ona niemalże wyłącznie z przypadkowo rozłożonych kamieni różnej wielkości, co utrudnia wspinanie w górę często stromych zboczy. Mimo średniego poziomu trudności, z trasą w ciągu dwóch godzin poradzić powinien sobie każdy.


Jak dostać się do Preikestolen?

Loty do Stavanger obsługują linie lotnicze WizzAir z trzech polskich miast - Gdańska, Szczecina oraz Katowic. Z lotniska położonego w mieście Sola możemy dojechać do centrum Stavanger, oddalonego o około 15 kilometrów, na kilka sposobów. Najwygodniejszym środkiem transportu jest autobus spod samego lotniska. Jest to niestety także opcja najdroższa - bilet w obie strony dla jednego dorosłego kosztuje 180 NOK, czyli około 85 zł. Tańszym sposobem jest przejście z lotniska do miasteczka Sola - jest to zaledwie kilka kilometrów - i wybranie autobusu Kolumbus, gdzie bilet do samego Stavanger kosztuje 53 NOK (25 zł), zaś dla uczniów i studentów jest to jedynie 27 NOK (12 zł).


Najtańszą i najdłuższą opcją jest pójście do miasta na piechotę, na co się zdecydowałem. Pierwsza część trasy jest mało komfortowa, gdyż musimy iść poboczem ruchliwej drogi. Potem jednak poruszamy się chodnikiem. Plusem tego rozwiązania jest możliwość zwiedzenia okolicy, w tym Svord i fjell, trzech wysokich na kilkanaście metrów mieczy wbitych w skałę.

Svord i fjell, Stavanger, NorwegiaW samym centrum miasta znajduje się duży port, z którego odpływają liczne statki i promy. Aby dostać się do Preikestolen znaleźć musimy przystań promu do Tau. Jest ona wyraźnie oznaczona tabliczką z nazwą miejscowości. Prom, pomimo istniejącego rozkładu, żyje raczej własnym życiem, dlatego najlepiej usiąść obok przystani i poczekać, aż podpłynie. Czas oczekiwania nie powinien być dłuższy niż pół godziny. Gdy tylko wszyscy zainteresowani wejdą na pokład, prom odpływa, dlatego lepiej nie zwlekać. Bilet kupimy u kontrolera w holu dla pasażerów. Jego koszt to 52 NOK (25 zł) - tego wydatku niestety nie unikniemy.

Gdy wysiądziemy w Tau, mamy kilka opcji do wyboru. Możemy wsiąść do autobusu jadącego prosto do Preikestolhytta, za co zapłacimy 175 NOK (84 zł) w obie strony. Dużo tańszą opcją jest pojechanie autobusem Kolumbus, który również ma przystanek na samej przystani. Podróż do Jørpeland to koszt 33 NOK (16 zł) lub 17 NOK (8 zł) dla uczniów i studentów. Z Jørpeland do Preikestolhytta jest około 9 km - 5 km drogi głównej oraz 4 km bocznej, w stronę samego fiordu. Odległość tę można pokonać na piechotę lub autostopem.

O autostopie warto napisać troszkę więcej. Jako że spóźniłem się w Tau na autobus Kolumbusa, postanowiłem przejść się do głównej drogi tuż za miastem i złapać “stopa”. Na zatrzymanie się samochodu czekałem jedynie 10 min. Bardzo miły Norweg potwierdził, że jedzie do Jørpeland i z chęcią wziął mnie ze sobą. Po krótkiej rozmowie w języku angielskim i norweskim wykonał telefon, z którego wynikało, że przełożył dla mnie spotkanie tylko po to, aby podwieźć mnie do samego Preikestolhytta. Było to niesamowite i bardzo zaskakujące. Niezwykle ułatwiło mi to dalszą podróż. Wracając z Preikestolen również złapałem autostopa, tym razem jednak kierowca podwiózł mnie jedynie do drogi głównej, potem zaś musiałem iść do Jørpeland na piechotę.


W górę fiordu, czyli do celu podróży i jeszcze dalej

Droga od hostelu do samego Preikestolen jest codziennie, praktycznie niezależnie od pogody, bardzo oblegana. Wśród turystów usłyszeć można dziesiątki różnych języków. Trasa jest dość wymagająca, choć jej trudność nie powinna stanowić dla nikogo przeszkody nie do pokonania. Dotarcie do “stołu” jest zwieńczone niesamowitym widokiem, który zwyczajnie zapiera dech w piersiach. Im więcej słońca, tym lepsza widoczność, a trasa dużo bezpieczniejsza, dlatego najlepiej na fiord wybrać się w niedeszczowy dzień.

Jestem zaskoczony tym, co dzieje się na Preikestolen. Mimo tak wielu narodowości, ludzie współpracują ze sobą, wymieniając uwagi i komentarze w języku angielskim. Do jednego z rogów stołu ustawiła się kolejka, w której każdy czeka na możliwość wykonania pamiątkowego zdjęcia. Lazurowe wody fiordu oraz wysokie, poszarpane skały cieszą wzrok zmęczonych lecz usatysfakcjonowanych podróżników. Dla niektórych jednak Preikestolen to jedynie przystanek na trasie do szczytu fiordu…


Niedostępne skały tylko dla wybranych

Nad Preikestolen wznosi się dużo wyższa góra. Mało kto wyrusza na jej podbój ze względu na brak jakiejkolwiek ścieżki tam wiodącej. Podróżni sami wybierają sobie drogę, co nie jest takie proste, gdyż aby dostać się na szczyt, na początku należy zejść do doliny. Momentami wydawało się to niemożliwe - sam szukałem odpowiedniej drogi niecałą godzinę. Później trasa jest prostsza, choć kamienie, na które trzeba było się wspiąć, bywały tak wysokie, że musiałem wspomagać się rękoma. Dla widoku, jaki rozpościerał się ze szczytu Lysefjord, warto jednak pokonać każdą przeszkodę. Zaskoczył mnie przede wszystkim brak ludzi. Byliśmy zupełnie sami, a turyści na widocznym z fiordu Preikestolen byli mniejsi od mrówek. Szczyt klifu ma postać płaskowyżu, dzięki czemu mogliśmy odbyć kilkugodzinną wędrówkę zdłuż zatoki, wśród kilkumetrowych kamieni, małych jeziorek i typowej dla tej wysokości roślinności. Spacerując po Lysefjord żal było mi ludzi, którzy poprzestali na Preikestolen i zadowoleni z siebie nie wiedzieli, co tracą.

Wracać do miasta czy nocować na fiordzie?

Jeszcze długo przed wyjazdem odpowiedziałem sobie na to pytanie. Choć śpiwór zajął pół mojego bagażu podręcznego, a namiot musiałem pożyczyć od Norweżki, u której się zatrzymałem, uparłem się, że zostanę na Preikestolen na noc. Czy była to dobra decyzja? I tak, i nie.

Choć w dzień było około dwudziestu stopni, noc przyniosła ze sobą bardzo mroźną pogodę. Opatulony w kilka bluz, kurtkę i śpiwór, wciąż było mi dość zimno. Na przekór prognozom, zaczął padać deszcz, który o piątej rano wykurzył mnie z namiotu. Widok, jaki o tej godzinie mnie zastał, zrekompensował wszystkie niedogodności. Preikestolen, jak i cały fiord, skąpany był w chmurze i mgle. Mistyczność, tajemniczość, może nawet strach. To co zobaczyłem było naprawdę poruszające.

Zejście z Preikestolen przy bardzo niskiej widoczności i deszczu jest bardzo uciążliwe i nie należy do bezpiecznych. Uważajcie, gdzie stąpacie, gdyż jeden zły ruch dzieli was od skręconej kostki lub złamanej kończyny. A z pomocą medyczną mogłoby być dość ciężko.

Jedzenie i nocleg w Norwegii. Co zrobić, aby ograniczyć koszty?

Na Preikestolen najlepiej wziąć dużo wcześniej przygotowanych kanapek oraz - rzecz jasna - wodę. Chleb w Norwegii jest bardzo drogi, jego cena waha się od 10 do 25 złotych. Szynka i ser to produkty, które także mogą nas zaskoczyć swoją ceną, aczkolwiek jeśli nie mamy możliwości przywiezienia jedzenia z Polski, te drobne zakupy nie powinny przyprawić nas o zawrót głowy. Jeśli chodzi o wodę, szukajcie promocji, gdyż bardzo często zdarza się, że trzy lub cztery butelki wody są w cenie jednej (czyli około 15 złotych). Warto także wziąć coś słodkiego, najlepiej czekoladę. Norweska czekolada, szczególnie z solą morską, jest bardzo duża i naprawdę dobra. Jak na swój rozmiar, jej cena jest akceptowalna (15-20 zł).

Jeśli nie zamierzamy zatrzymywać się na Preikestolen, polecam znalezienie noclegu przez portal Airbnb. Jest to strona, na której ludzie zamieszczają oferty house- oraz roomsharingu. Za osobny pokój, dostęp do kuchni i łazienki zapłacimy nieco ponad 100 zł za noc. W najtańszym hostelu cena za łóżko zaczyna się od 300 zł.

Wspaniała podróż na wyciągnięcie ręki

Jeśli uda nam się kupić tanie bilety lotnicze, wyprawa na Lysefjord nie powinna być finansowym wyzwaniem. To, co czeka nas na miejscu, jest zdecydowanie warte zachodu. Na Preikestolen człowiek czuje, jaki jest w rzeczywistości mały i bezsilny. Pamiętajcie, aby zarezerwować sobie czas na kontemplację oraz dużo zdjęć, które zachwycą waszych znajomych.

Za niesamowite zdjęcia dziękuję Asi, z którą odbyłem tę niezwykłą podróż.


Share:
Czytaj więcej →

21 lipca 2017

Magiczne miasto tuż za wschodnią granicą

Lwów Lviv, centrum miasta z tramwajem, UkrainaLwów to miasto położone na Ukrainie jedynie sto kilometrów od Przemyśla. Zachwyca ono historią sięgającą siedmiuset lat wstecz z licznymi polskimi akcentami. Pomimo bliskiego położenia względem Polski, coraz więcej osób rezygnuje z wyprawy, argumentując to względami bezpieczeństwa. Czy we Lwowie jest się czego obawiać?

Do odważnych świat należy

Aby odpowiedzieć na to pytanie postanowiłem wybrać się na tygodniową podróż do stolicy obwodu lwowskiego. Do przekroczenia granicy polsko-ukraińskiej wymagane jest posiadanie paszportu. Bez wizy można przebywać w tym kraju przez 90 dni w ciągu 6 miesięcy.

Sposobów dostania się do Lwowa jest kilka. Możemy wybrać samochód lub transport międzynarodowy - autokar lub pociąg - niestety musimy liczyć się wtedy z dużymi kosztami i długim czasem oczekiwania na granicy. Dużo lepszym, tańszym i szybszym sposobem jest dostanie się do Przemyśla, następnie podjechanie do Medyki busem, którego koszt to zaledwie dwa złote, aby ostatecznie przekroczyć granicę pieszo.

Na granicy obowiązują dwie kolejki: dla obywateli Unii Europejskiej, Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Szwajcarii oraz dla obywateli krajów trzecich. Zdziwiłem się jednak, gdy zobaczyłem, że otwarta jest jedynie budka dla osób ze wszystkimi paszportami. Kolejka była dość długa, ale nie miałem innego wyjścia, jak zająć w niej swoje miejsce. Wtedy jedna z Ukrainek zwróciła mi uwagę, że powinienem przejść do kolejki obywateli UE. Nieco zdezorientowany przeszedłem na prawy, zupełnie pusty pas i czując się dość nieswojo wyprzedziłem około trzydzieści osób. Gdy doszedłem do zamkniętej budki i zablokowanej barierki, oficer z budki dla “wszystkich paszportów” wstrzymał kolejkę tylko po to, aby mnie obsłużyć. Z jednej strony oszczędziło mi to sporo czasu, z drugiej czułem się niepotrzebnie wyróżniony. Mimo wszystko, polecam skorzystać z kolejki dla UE, nawet jeśli wydaje się ona zamknięta.

W kolejnym budynku znów okazałem jedynie paszport, otrzymałem pieczątkę wjazdową i mogłem cieszyć się początkiem prawdziwej przygody w kraju, którego jeszcze nigdy nie miałem okazji odwiedzić. Aby dotrzeć do Lwowa spod granicy należy kierować się prosto wzdłuż budynków z ubezpieczalniami i sklepami, aż dojdziemy do małego dworca autobusowego po lewej stronie. Podstawowa znajomość cyrylicy może okazać się niezbędna, jeśli będziemy chcieli sprawdzić godzinę odjazdu marszrutki do Lwowa oraz upewnić się, że wsiadamy do właściwego autobusu. W razie czego można spokojnie pytać o pomoc po polsku. Bilet na przejazd kupimy w kasie na dworcu (około 6 złotych), choć równie dobrą opcją jest wejście do marszrutki, zajęcie miejsca i poczekanie, aż kierowca sam podejdzie i zbierze od nas pieniądze. Podróż trwa około półtorej godziny, zaś autobus jest zazwyczaj zapełniony do granic możliwości. Weźmy to pod uwagę i bądźmy na przystanku wcześniej.

Uwaga! Po przekroczeniu granicy mogą zaczepić was osoby proponujące przejazd autem do Lwowa. Często kłamią one, że otrzymały informację z dworca, że marszrutki z nieznanych przyczyn dzisiaj nie jeżdżą i nie ma innych alternatyw. Nie dajcie się nabrać, gdyż może się okazać, że za przejazd z nimi zapłacicie krocie, a jeśli odmówicie, możecie zostać wysadzeni pośrodku niczego. Asertywnie i konsekwentnie odmawiajcie, aż dojdziecie do dworca.

Zanim na dobre oddamy się magii miasta…

Jest kilka spraw, które musimy załatwić, zanim pozwolimy sobie zniknąć w gąszczu alejek starych kamienic. Nocleg we Lwowie to kwestia prostsza, niż mogłoby się wydawać. Możemy skorzystać z portalu Airbnb, gdzie do wynajęcia są pokoje lub całe mieszkania w cenach od 40 do 200 zł za dobę. W mieście tym funkcjonuje dobra baza hoteli i hosteli w przystępnej cenie - aby znaleźć odpowiednią ofertę możemy wykorzystać portal Booking.com. Jeśli jedziemy w więcej osób, warto zarezerwować całe, w pełni wyposażone mieszkanie w centrum miasta. Ja za takowe zapłaciłem 350 hrywien za dobę, co daje niecałe 60 zł (kurs z VIII 2016). Śmieszna cena w porównaniu z tym, co otrzymałem.

Jako że hrywna to mało popularna waluta, nie polecam kupowania jej w Polsce. Wypłaty z bankomatów na Ukrainie nie są również najkorzystniejsze, choć nie obawiałbym się ich. Moim zdaniem najlepiej jednak wziąć gotówkę (złotówki w zupełności wystarczą) i wymienić je w kantorze w centrum miasta. Kantorów jest naprawdę dużo i mają dość konkurencyjne kursy, sięgające ponad 6,40 hrywien za złotówkę (gdzie w Przemyślu było to 6,10). Przyznam szczerze, że moja opinia na temat bezpieczeństwa na Ukrainie była raczej marna, stąd obawiałem się wzięcia gotówki, czy nawet jednej karty, w razie gdyby “zniknął” mój portfel.

Jak się okazało, moje uprzedzenia były niepoparte żadnymi racjonalnymi argumentami. Pierwszy szok przeżyłem w marszrutce, gdzie ludzie, którzy wsiadali spóźnieni do zapchanego autobusu, przekazywali pieniądze kierowcy przez całą długość pojazdu, a co najlepsze, zawsze wracała do nich reszta. W tak bardzo zatłoczonej marszrutce pasażer mimo wszystko czuł obowiązek zapłaty, a żadnej z osób nawet na myśl nie przyszło schowanie reszty do tylnej kieszeni. Przecież nikt by nie zauważył… Ponadto, idąc miastem, czułem się niemniej bezpiecznie niż we Wrocławiu. Piękne, choć nieco zniszczone kamienice, brak graffiti, rodziny z dziećmi, młodzież, brak ludzi pod wpływem alkoholu… Nie taki obraz Ukrainy miałem przed wyjazdem. Konkluzja jest jedna - jeśli zależy wam na tym, aby nie stracić kilkudziesięciu złotych na kursie waluty, wzięcie gotówki nie wiąże się z większym ryzykiem niż gdziekolwiek indziej. Wystarczy po prostu być uważnym.

Wspaniałe przeżycia w jeszcze lepszej cenie

Wszystko załatwione - czas skupić się na najważniejszym, na wypoczynku. Od samego początku mojego pobytu miałem wrażenie, że Lwów jest przeciwieństwem Stavanger (Norwegia), w którym byłem miesiąc wcześniej. To ukraińskie miasto żyje całą dobę, a rynek nigdy nie cichnie. Liczne knajpy, bary i kawiarnie są otwarte do późnych godzin nocnych, a młodzi ludzie z całego miasta spędzają czas bawiąc się w lokalach i na ulicach. Panuje niesamowita, radosna atmosfera, która na dobre udowadnia mi, że jakikolwiek strach przed nocnym zwiedzaniem miasta jest zupełnie irracjonalny. Ostatecznie, wracając o trzeciej w nocy z bardzo zachodniej dyskoteki, czułem się bezpieczniej, niż w swoim mieście. Pięknie oświetlone kamienice, szerokie, puste o tej godzinie drogi, z rzędem drzew rosnących na jej środku. Niecichnąca młodzież, a jednocześnie brak ludzi, których podejrzewałbym o jakiekolwiek złe intencje. Był to moment, w którym poczułem prawdziwą magię tego miasta, a jednocześnie posmutniałem na myśl, że ludzie, którzy nigdy tu nie byli, mają o nim tak złą opinię.

Nie ukrywam, że przez cztery pełne doby mojego pobytu we Lwowie trzymałem się raczej centrum miasta (z wyjątkiem klubu nocnego oraz dworca autobusowego). Miasto ma naprawdę wiele do zaoferowania, szczególnie miłośnikom architektury sakralnej. Warto skorzystać także z wycieczki z przewodnikiem, ja zdecydowałem się na wyprawę po podziemiach Lwowa. Przewodnik opowiedział w języku polskim o pochodzeniu starych tuneli i zaprezentował grupie kilka z nich. Była to wycieczka bardzo merytoryczna ale także zabawna.

Dla wielu osób kwestia wydatków może okazać się najważniejsza. Lwów jest rajem dla osób, które chcą poczuć się jak Niemcy we Wrocławiu. Nareszcie stać nas na najdroższy obiad w restauracji w samym centrum rynku, a lampka wina do obiadu nie kosztuje tyle, że musimy z niej zrezygnować. Warto dodać, że Lwów to odpowiednie miejsce dla miłośników kawy. Nie da się przejść stu metrów nie mijając kawiarni, kiosku lub okienka z kawą na wynos. Co najlepsze, najdroższa kawa z karmelem, bitą śmietaną i kulkami Ferrero Rocher kosztuje… 6 złotych. Uważajcie, aby w waszych żyłach nie zaczęła płynąć tylko kofeina.

Różnice widoczne na każdym kroku

Wielu turystów wspomina powszechną biedę i chaos. To prawda, pod wieloma względami Ukraina przypomina Polskę lat dziewięćdziesiątych. Największym szokiem był dla mnie kompletny brak zasad ruchu ulicznego. Samochody jadą na czerwonym, nie zatrzymują się nawet, gdy ludzie mają zielone, a piesi - w ramach zemsty - przechodzą na czerwonym i nie zatrzymują się nawet, gdy jedzie auto, które ma zielone. Trzeba zatem naprawdę uważać, zachować zimną krew i przechodzić jak najszybciej. Na rynku nie sposób jest ominąć osoby żebrzące. Mówi się, że wielu z nich żebrze zawodowo, co może być prawdą, gdyż - ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu - mało kto odprawia starsze panie z kwitkiem. Niestety, ich wszędobylskość i niezłomność mogą stać się utrapieniem, szczególnie gdy żebracy wchodzą do restauracji i zakłócają turystom posiłek.

Pomimo pięknej architektury, szczególnie w centrum, i licznych zabytków, miasto nie stać na ich renowację, przez co perełki te niszczeją, tracąc swój niegdysiejszy blask. W wielu kościołach można dostrzec informację o finansowaniu remontu przez Polskę, co uznałem za bardzo miłe i potrzebne. Sami Ukraińcy także nie przebierają w słowach, mówiąc o swojej sytuacji materialnej. W rozmowach z różnymi obywatelami tego kraju usłyszałem, iż nawet osoby starsze jeżdżą do Polski na zbiory ogórków, gdyż jest to znacznie lepiej płatna praca, niż jakakolwiek posada, jaką mogliby otrzymać u siebie. Ważny dla Ukraińców jest też handel przygraniczny o wiele tańszymi na Wschodzie produktami: papierosami, alkoholem czy paliwem. Niektórzy Ukraińcy starają się o stały pobyt w Polsce, skąd nawet najniższa pensja sprawia, że ich rodzinom żyje się znacznie lepiej. Była to dla mnie ponura wizja, kontrastująca z radosną atmosferą, której doświadczyłem we Lwowie.

Problemy w komunikacji. Trudniejszy powrót.

Na Ukrainie raczej ciężko porozumieć się po angielsku. Po jakimś czasie zrezygnowałem z prób rozmowy w tym języku i zdecydowałem, że będę mówić po polsku. Była to bardzo dobra decyzja, gdyż praktycznie zawsze byłem zrozumiały dla innych. Jako że kiedyś uczyłem się rosyjskiego, pamiętałem jego podstawy oraz cyrylicę, dzięki czemu rozumiałem także w większości odpowiedzi czy pytania Ukraińców. W restauracjach i kawiarniach najczęściej podają kartę po ukraińsku w cyrylicy. O kartę po angielsku trzeba poprosić, niestety zdarza się, że takowej lokal nie posiada. Dlatego też bez znajomości alfabetu ukraińskiego może być ciężko, o czym wcześniej już wspomniałem. Niemożność przeczytania nazwy kawy, którą chcecie zamówić w okienku “coffee to go” może naprawdę skomplikować sprawę. A nauka cyrylicy, czy jej odmian, zajmie wam dosłownie kilka godzin.

Gdy nadszedł czas na podróż do domu, poszedłem na piechotę z centrum miasta na dworzec, wsiadłem do marszrutki do Szegini i wyruszyłem w podróż do granicy. Tam przeżyłem lekki szok. W kolejce, w pełnym słońcu i trzydziestu stopniach stało może nawet i stu Ukraińców. Bramka była zamknięta, atmosfera burzliwa, padały dość niemiłe komentarze. Skierowałem się do znacznie krótszej kolejki dla obywateli UE. Mimo to czekałem w niej dwie godziny na odprawę. Gdy bramka w kolejce dla Ukraińców otworzyła się, ludzie zaczęli nerwowo przepychać się, aby zdążyć przed innymi. Mężczyzna wspiął się na płot i skoczył, starsza kobieta uderzyła kogoś w twarz torebką, ktoś został zepchnięty na metalowe pręty, Polak zza krat kręcił filmik na Snapchata. Był to naprawdę smutny, niepocieszający widok, który jasno dał do zrozumienia, jak duże różnice wciąż występują między obywatelami Unii i strefy Schengen, a osobami spoza niej.

Na granicy przygotujcie się na szczegółową kontrolę waszego bagażu. Na początku musicie zadeklarować, co przewozicie (alkohol, papierosy), następnie celnicy przejrzą wszystko, co ze sobą macie. Przygotujcie się na podejrzliwe podejście i zimny profesjonalizm. Gdy już przejdziecie granicę, cofnijcie zegarki o godzinę i przygotujcie się do dalszej podróży przez Polskę.


Share:
Czytaj więcej →

20 lipca 2017

Airbnb, czyli tanie podróżowanie w XXI wieku

Logo Airbnb na tle Paryża
Jeśli ceny małych hotelowych pokojów przyprawiają cię o zawrót głowy, brakuje ci dostępu do kuchni oraz zwyczajnego kontaktu z miejscowymi, wypróbuj konkurencyjny sposób na znalezienie zakwaterowania.

Nadeszła nowa era w sektorze usług. Tak zwany sharing zyskuje na popularności, przyciągając klientów niskimi cenami oraz prostotą obsługi. Teraz wystarczy tylko kilka kliknięć myszką, aby wybrać się w podróż z osobą oferującą przejazd prywatnym autem. Niewiele więcej trzeba, aby spędzić noc w Paryżu za przysłowiowe grosze.

Czym jest Airbnb?

Wielu z was planowało zapewne niejedną wyprawę. Destynacji jest naprawdę wiele, niestety jednak bardzo często okazuje się, że ceny noclegów w wybranym kraju są horrendalne, a alternatyw brak. Airbnb to portal oferujący house- oraz room sharing. Polega to na współdzieleniu domu, mieszkania lub pokoju przez domowników oraz turystę. W niektórych przypadkach możliwe jest uzyskanie nawet całego miejsca zakwaterowania do dyspozycji.

Dlaczego Airbnb?

Portal zaskakuje ogromną rzeszą użytkowników, co przekłada się na mnogość ofert. Niewątpliwym plusem jest ich cena, zazwyczaj dużo niższa od tych oferowanych przez hotele, czy nawet tańsze hostele. W drogiej Norwegii nocleg znajdziemy już za sto złotych za noc. Warto wspomnieć, że za przyjazd drugiej osoby opłata najczęściej nie jest pobierana lub jest ona bardzo niska. Cena zakwaterowania od osoby spada wtedy o połowę. Każda oferta opatrzona jest dokładnym opisem oraz zdjęciami, dzięki czemu wiemy dokładnie, czego się spodziewać.

Na portalu istnieje bardzo rozbudowany system recenzji. Każdy podróżny po skończonej wyprawie wystawia opinię swojemu hostowi, ten zaś odwdzięcza się kilkoma słowami na temat gościa. Oceny i komentarze dostępne są potem na profilu właściciela oraz turysty. Recenzje są bardzo pomocne w doborze właściwego zakwaterowania. Dzięki nim poznajemy odczucia innych osób, czytamy, jak z ich perspektywy prezentował się dom czy pokój, oraz jak przebiegała współpraca z właścicielem.

House-sharing to jednak nie tylko okazja na tanie zakwaterowanie z pełnym dostępem do kuchni, łazienki, Wi-Fi, a nierzadko także salonu z telewizją. Jest to przede wszystkim kontakt z ludźmi, osobami otwartymi na innych, ciepłymi, gotowymi do pomocy. Współdzielenie z kimś domu stwarza niesamowitą okazję do treningu języka obcego. Nie mam na myśli jedynie angielskiego. Dlaczego nie spróbować porozmawiać z hostem po hiszpańsku w słonecznym Madrycie lub po duńsku w kolorowej Kopenhadze?

Warto dodać, że osoba nas goszcząca zna miasto oraz kraj lepiej niż ktokolwiek inny, dlatego nie omieszka odpowiedzieć na wszystkie nasze pytania, wytłumaczyć nam, jak funkcjonuje transport, opowiedzieć o miejscu pobytu, pokazać najważniejsze zabytki oraz pożyczyć potrzebny sprzęt, który nie zmieścił się w bagażu podręcznym. Myślę, że jest to udogodnienie, jakiego nie oferuje żaden hotel na świecie.

Jak to działa?

Rejestracja na stronie jest bardzo prosta i trwa dosłownie minutę. Możemy zalogować się także przez konto na Facebooku oraz Google. Uzupełnienie profilu polega na dodaniu swojego zdjęcia oraz napisaniu kilka słów o sobie. Portal wymaga kilku weryfikacji - dzięki powiązaniu konta z Facebookiem, Google oraz numerem telefonu stajemy się dla hostów wiarygodni, co zwiększa szanse akceptacji naszej rezerwacji.

Aby uzyskać zniżkę w wysokości aż 100 zł na pierwszą podróż, wystarczy zarejestrować się poprzez ten link.

Gdy nasz profil jest gotowy, możemy dodać sposób płatności za nocleg. Akceptowane są karty kredytowe, większość kart debetowych oraz konto PayPal. Airbnb jest pośrednikiem w płatnościach, a jednocześnie gwarantem tego, że nie zostaniemy oszukani. Pieniądze za zakwaterowanie są przelewane właścicielowi dopiero wtedy, gdy podróż rzeczywiście się odbędzie. Do ceny za pokój portal dolicza niewielką opłatę, proporcjonalną do kwoty rezerwacji.

Teraz pozostaje nam tylko znaleźć wymarzoną destynację oraz zakwaterowanie w satysfakcjonującej nas cenie. Wystarczy w wyszukiwarkę wpisać nazwę miasta, czas pobytu, liczbę gości oraz zakres kosztów, jakie jesteśmy w stanie ponieść za jedną noc. Po wyborze interesującego nas miejsca klikamy Poproś o rezerwację. W nowym oknie piszemy wiadomość do hosta, wybieramy sposób płatności i oczekujemy na odpowiedź. Jeśli rezerwacja zostanie potwierdzona, możemy zacząć przygotowania do kolejnej przygody.

Jak wygląda to w praktyce?

Odbyłem już dwie podróże z portalem Airbnb, obie do Norwegii. Kontakt z hostem przez portal jest naprawdę dobry, dzięki czemu mogłem dopytać o szczegóły i miałem pewność, że nie jadę w ciemno. Na stronie podany został dokładny adres domu oraz mapa z zaznaczonym jego położeniem. Po dotarciu na miejsce wykonałem telefon na numer także dostępny na portalu. Już po chwili zostałem ciepło przywitany, zaproszony i oprowadzony po domu, a ostatecznie odprowadzony do zarezerwowanego pokoju. Wygodne łóżko, dostęp do bezprzewodowego internetu, duża łazienka oraz kuchnia z całym jej wyposażeniem… Czego chcieć więcej?

Od właścicielki domu otrzymałem również klucz do drzwi, co zdecydowanie mnie zaskoczyło. Dzięki kluczowi oraz zaufaniu hosta byłem zupełnie niezależny. Warto wspomnieć, iż lokalizacja domu była świetna. Do centrum można było dość na piechotę w kilkanaście minut, w okolicy było kilka sklepów wielkopowierzchniowych, a tuż obok ważny ośrodek komunikacyjny. Druga podróż, choć jedynie na dwa dni, była równie udana.
Share:
Czytaj więcej →

19 lipca 2017

Opuszczona Droga - nasza nowa podróż

Opuszczona droga w lesie
Posty powitalne, rozpoczynające nowo założonego bloga, są zawsze trudne. Od czego innego jednak mogę zacząć?

Jestem Damian. Razem z Agatą postanowiliśmy założyć bloga podróżniczego, który będzie naszym małym kącikiem przemyśleń, dobrych rad i interesujących fotografii.

Nie będzie to blog-album z wakacji, z radosnymi, opalonymi twarzami śmiejącymi się znad słonecznego morza. Chcemy czegoś więcej. Chcemy spojrzeć na miejsca, do których jedziemy, od nieco innej strony - społecznej, kulturowej, lingwistycznej. Będzie nam bardzo miło, jeśli dołączycie do nas i podzielicie się swoimi doświadczeniami i opiniami.

Opuszczona Droga - czemu tak ponuro, zapytacie? Czasem, żeby zobaczyć prawdziwe oblicze miejsca, w którym jesteśmy, warto porzucić przetarte turystyczne szlaki i wybrać tajemniczą, nieuczęszczaną ścieżkę. Tak oficjalnie mogę tłumaczyć tę nazwę, bo szczerze mówiąc - po prostu mi się spodobała.

Zapraszam raz jeszcze do wspólnej przygody. Posty opublikowane wyżej były przeze mnie napisane dużo wcześniej na potrzeby portalu Eurodesk Polska, stąd ich styl może nieco odbiegać od tego, co chcemy tu zaprezentować. Już za kilka dni jedziemy na Ukrainę i do Mołdawii, więc po powrocie na pewno kompleksowo opiszemy tę podróż.

Tymczasem - bądź na bieżąco! Nasz fanpage na Facebooku, na którym pojawiać się będą zdjęcia z aktualnych podróży, krótkie wpisy i posty z bloga. #SamPrzecierajSzlaki


Share:
Czytaj więcej →