20 lipca 2017

Magiczne miasto tuż za wschodnią granicą

Lwów Lviv, centrum miasta z tramwajem, UkrainaLwów to miasto położone na Ukrainie jedynie sto kilometrów od Przemyśla. Zachwyca ono historią sięgającą siedmiuset lat wstecz z licznymi polskimi akcentami. Pomimo bliskiego położenia względem Polski, coraz więcej osób rezygnuje z wyprawy, argumentując to względami bezpieczeństwa. Czy we Lwowie jest się czego obawiać?

Do odważnych świat należy

Aby odpowiedzieć na to pytanie postanowiłem wybrać się na tygodniową podróż do stolicy obwodu lwowskiego. Do przekroczenia granicy polsko-ukraińskiej wymagane jest posiadanie paszportu. Bez wizy można przebywać w tym kraju przez 90 dni w ciągu 6 miesięcy.

Sposobów dostania się do Lwowa jest kilka. Możemy wybrać samochód lub transport międzynarodowy - autokar lub pociąg - niestety musimy liczyć się wtedy z dużymi kosztami i długim czasem oczekiwania na granicy. Dużo lepszym, tańszym i szybszym sposobem jest dostanie się do Przemyśla, następnie podjechanie do Medyki busem, którego koszt to zaledwie dwa złote, aby ostatecznie przekroczyć granicę pieszo.

Na granicy obowiązują dwie kolejki: dla obywateli Unii Europejskiej, Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Szwajcarii oraz dla obywateli krajów trzecich. Zdziwiłem się jednak, gdy zobaczyłem, że otwarta jest jedynie budka dla osób ze wszystkimi paszportami. Kolejka była dość długa, ale nie miałem innego wyjścia, jak zająć w niej swoje miejsce. Wtedy jedna z Ukrainek zwróciła mi uwagę, że powinienem przejść do kolejki obywateli UE. Nieco zdezorientowany przeszedłem na prawy, zupełnie pusty pas i czując się dość nieswojo wyprzedziłem około trzydzieści osób. Gdy doszedłem do zamkniętej budki i zablokowanej barierki, oficer z budki dla “wszystkich paszportów” wstrzymał kolejkę tylko po to, aby mnie obsłużyć. Z jednej strony oszczędziło mi to sporo czasu, z drugiej czułem się niepotrzebnie wyróżniony. Mimo wszystko, polecam skorzystać z kolejki dla UE, nawet jeśli wydaje się ona zamknięta.

W kolejnym budynku znów okazałem jedynie paszport, otrzymałem pieczątkę wjazdową i mogłem cieszyć się początkiem prawdziwej przygody w kraju, którego jeszcze nigdy nie miałem okazji odwiedzić. Aby dotrzeć do Lwowa spod granicy należy kierować się prosto wzdłuż budynków z ubezpieczalniami i sklepami, aż dojdziemy do małego dworca autobusowego po lewej stronie. Podstawowa znajomość cyrylicy może okazać się niezbędna, jeśli będziemy chcieli sprawdzić godzinę odjazdu marszrutki do Lwowa oraz upewnić się, że wsiadamy do właściwego autobusu. W razie czego można spokojnie pytać o pomoc po polsku. Bilet na przejazd kupimy w kasie na dworcu (około 6 złotych), choć równie dobrą opcją jest wejście do marszrutki, zajęcie miejsca i poczekanie, aż kierowca sam podejdzie i zbierze od nas pieniądze. Podróż trwa około półtorej godziny, zaś autobus jest zazwyczaj zapełniony do granic możliwości. Weźmy to pod uwagę i bądźmy na przystanku wcześniej.

Uwaga! Po przekroczeniu granicy mogą zaczepić was osoby proponujące przejazd autem do Lwowa. Często kłamią one, że otrzymały informację z dworca, że marszrutki z nieznanych przyczyn dzisiaj nie jeżdżą i nie ma innych alternatyw. Nie dajcie się nabrać, gdyż może się okazać, że za przejazd z nimi zapłacicie krocie, a jeśli odmówicie, możecie zostać wysadzeni pośrodku niczego. Asertywnie i konsekwentnie odmawiajcie, aż dojdziecie do dworca.

Zanim na dobre oddamy się magii miasta…

Jest kilka spraw, które musimy załatwić, zanim pozwolimy sobie zniknąć w gąszczu alejek starych kamienic. Nocleg we Lwowie to kwestia prostsza, niż mogłoby się wydawać. Możemy skorzystać z portalu Airbnb, gdzie do wynajęcia są pokoje lub całe mieszkania w cenach od 40 do 200 zł za dobę. W mieście tym funkcjonuje dobra baza hoteli i hosteli w przystępnej cenie - aby znaleźć odpowiednią ofertę możemy wykorzystać portal Booking.com. Jeśli jedziemy w więcej osób, warto zarezerwować całe, w pełni wyposażone mieszkanie w centrum miasta. Ja za takowe zapłaciłem 350 hrywien za dobę, co daje niecałe 60 zł (kurs z VIII 2016). Śmieszna cena w porównaniu z tym, co otrzymałem.

Jako że hrywna to mało popularna waluta, nie polecam kupowania jej w Polsce. Wypłaty z bankomatów na Ukrainie nie są również najkorzystniejsze, choć nie obawiałbym się ich. Moim zdaniem najlepiej jednak wziąć gotówkę (złotówki w zupełności wystarczą) i wymienić je w kantorze w centrum miasta. Kantorów jest naprawdę dużo i mają dość konkurencyjne kursy, sięgające ponad 6,40 hrywien za złotówkę (gdzie w Przemyślu było to 6,10). Przyznam szczerze, że moja opinia na temat bezpieczeństwa na Ukrainie była raczej marna, stąd obawiałem się wzięcia gotówki, czy nawet jednej karty, w razie gdyby “zniknął” mój portfel.

Jak się okazało, moje uprzedzenia były niepoparte żadnymi racjonalnymi argumentami. Pierwszy szok przeżyłem w marszrutce, gdzie ludzie, którzy wsiadali spóźnieni do zapchanego autobusu, przekazywali pieniądze kierowcy przez całą długość pojazdu, a co najlepsze, zawsze wracała do nich reszta. W tak bardzo zatłoczonej marszrutce pasażer mimo wszystko czuł obowiązek zapłaty, a żadnej z osób nawet na myśl nie przyszło schowanie reszty do tylnej kieszeni. Przecież nikt by nie zauważył… Ponadto, idąc miastem, czułem się niemniej bezpiecznie niż we Wrocławiu. Piękne, choć nieco zniszczone kamienice, brak graffiti, rodziny z dziećmi, młodzież, brak ludzi pod wpływem alkoholu… Nie taki obraz Ukrainy miałem przed wyjazdem. Konkluzja jest jedna - jeśli zależy wam na tym, aby nie stracić kilkudziesięciu złotych na kursie waluty, wzięcie gotówki nie wiąże się z większym ryzykiem niż gdziekolwiek indziej. Wystarczy po prostu być uważnym.

Wspaniałe przeżycia w jeszcze lepszej cenie

Wszystko załatwione - czas skupić się na najważniejszym, na wypoczynku. Od samego początku mojego pobytu miałem wrażenie, że Lwów jest przeciwieństwem Stavanger (Norwegia), w którym byłem miesiąc wcześniej. To ukraińskie miasto żyje całą dobę, a rynek nigdy nie cichnie. Liczne knajpy, bary i kawiarnie są otwarte do późnych godzin nocnych, a młodzi ludzie z całego miasta spędzają czas bawiąc się w lokalach i na ulicach. Panuje niesamowita, radosna atmosfera, która na dobre udowadnia mi, że jakikolwiek strach przed nocnym zwiedzaniem miasta jest zupełnie irracjonalny. Ostatecznie, wracając o trzeciej w nocy z bardzo zachodniej dyskoteki, czułem się bezpieczniej, niż w swoim mieście. Pięknie oświetlone kamienice, szerokie, puste o tej godzinie drogi, z rzędem drzew rosnących na jej środku. Niecichnąca młodzież, a jednocześnie brak ludzi, których podejrzewałbym o jakiekolwiek złe intencje. Był to moment, w którym poczułem prawdziwą magię tego miasta, a jednocześnie posmutniałem na myśl, że ludzie, którzy nigdy tu nie byli, mają o nim tak złą opinię.

Nie ukrywam, że przez cztery pełne doby mojego pobytu we Lwowie trzymałem się raczej centrum miasta (z wyjątkiem klubu nocnego oraz dworca autobusowego). Miasto ma naprawdę wiele do zaoferowania, szczególnie miłośnikom architektury sakralnej. Warto skorzystać także z wycieczki z przewodnikiem, ja zdecydowałem się na wyprawę po podziemiach Lwowa. Przewodnik opowiedział w języku polskim o pochodzeniu starych tuneli i zaprezentował grupie kilka z nich. Była to wycieczka bardzo merytoryczna ale także zabawna.

Dla wielu osób kwestia wydatków może okazać się najważniejsza. Lwów jest rajem dla osób, które chcą poczuć się jak Niemcy we Wrocławiu. Nareszcie stać nas na najdroższy obiad w restauracji w samym centrum rynku, a lampka wina do obiadu nie kosztuje tyle, że musimy z niej zrezygnować. Warto dodać, że Lwów to odpowiednie miejsce dla miłośników kawy. Nie da się przejść stu metrów nie mijając kawiarni, kiosku lub okienka z kawą na wynos. Co najlepsze, najdroższa kawa z karmelem, bitą śmietaną i kulkami Ferrero Rocher kosztuje… 6 złotych. Uważajcie, aby w waszych żyłach nie zaczęła płynąć tylko kofeina.

Różnice widoczne na każdym kroku

Wielu turystów wspomina powszechną biedę i chaos. To prawda, pod wieloma względami Ukraina przypomina Polskę lat dziewięćdziesiątych. Największym szokiem był dla mnie kompletny brak zasad ruchu ulicznego. Samochody jadą na czerwonym, nie zatrzymują się nawet, gdy ludzie mają zielone, a piesi - w ramach zemsty - przechodzą na czerwonym i nie zatrzymują się nawet, gdy jedzie auto, które ma zielone. Trzeba zatem naprawdę uważać, zachować zimną krew i przechodzić jak najszybciej. Na rynku nie sposób jest ominąć osoby żebrzące. Mówi się, że wielu z nich żebrze zawodowo, co może być prawdą, gdyż - ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu - mało kto odprawia starsze panie z kwitkiem. Niestety, ich wszędobylskość i niezłomność mogą stać się utrapieniem, szczególnie gdy żebracy wchodzą do restauracji i zakłócają turystom posiłek.

Pomimo pięknej architektury, szczególnie w centrum, i licznych zabytków, miasto nie stać na ich renowację, przez co perełki te niszczeją, tracąc swój niegdysiejszy blask. W wielu kościołach można dostrzec informację o finansowaniu remontu przez Polskę, co uznałem za bardzo miłe i potrzebne. Sami Ukraińcy także nie przebierają w słowach, mówiąc o swojej sytuacji materialnej. W rozmowach z różnymi obywatelami tego kraju usłyszałem, iż nawet osoby starsze jeżdżą do Polski na zbiory ogórków, gdyż jest to znacznie lepiej płatna praca, niż jakakolwiek posada, jaką mogliby otrzymać u siebie. Ważny dla Ukraińców jest też handel przygraniczny o wiele tańszymi na Wschodzie produktami: papierosami, alkoholem czy paliwem. Niektórzy Ukraińcy starają się o stały pobyt w Polsce, skąd nawet najniższa pensja sprawia, że ich rodzinom żyje się znacznie lepiej. Była to dla mnie ponura wizja, kontrastująca z radosną atmosferą, której doświadczyłem we Lwowie.

Problemy w komunikacji. Trudniejszy powrót.

Na Ukrainie raczej ciężko porozumieć się po angielsku. Po jakimś czasie zrezygnowałem z prób rozmowy w tym języku i zdecydowałem, że będę mówić po polsku. Była to bardzo dobra decyzja, gdyż praktycznie zawsze byłem zrozumiały dla innych. Jako że kiedyś uczyłem się rosyjskiego, pamiętałem jego podstawy oraz cyrylicę, dzięki czemu rozumiałem także w większości odpowiedzi czy pytania Ukraińców. W restauracjach i kawiarniach najczęściej podają kartę po ukraińsku w cyrylicy. O kartę po angielsku trzeba poprosić, niestety zdarza się, że takowej lokal nie posiada. Dlatego też bez znajomości alfabetu ukraińskiego może być ciężko, o czym wcześniej już wspomniałem. Niemożność przeczytania nazwy kawy, którą chcecie zamówić w okienku “coffee to go” może naprawdę skomplikować sprawę. A nauka cyrylicy, czy jej odmian, zajmie wam dosłownie kilka godzin.

Gdy nadszedł czas na podróż do domu, poszedłem na piechotę z centrum miasta na dworzec, wsiadłem do marszrutki do Szegini i wyruszyłem w podróż do granicy. Tam przeżyłem lekki szok. W kolejce, w pełnym słońcu i trzydziestu stopniach stało może nawet i stu Ukraińców. Bramka była zamknięta, atmosfera burzliwa, padały dość niemiłe komentarze. Skierowałem się do znacznie krótszej kolejki dla obywateli UE. Mimo to czekałem w niej dwie godziny na odprawę. Gdy bramka w kolejce dla Ukraińców otworzyła się, ludzie zaczęli nerwowo przepychać się, aby zdążyć przed innymi. Mężczyzna wspiął się na płot i skoczył, starsza kobieta uderzyła kogoś w twarz torebką, ktoś został zepchnięty na metalowe pręty, Polak zza krat kręcił filmik na Snapchata. Był to naprawdę smutny, niepocieszający widok, który jasno dał do zrozumienia, jak duże różnice wciąż występują między obywatelami Unii i strefy Schengen, a osobami spoza niej.

Na granicy przygotujcie się na szczegółową kontrolę waszego bagażu. Na początku musicie zadeklarować, co przewozicie (alkohol, papierosy), następnie celnicy przejrzą wszystko, co ze sobą macie. Przygotujcie się na podejrzliwe podejście i zimny profesjonalizm. Gdy już przejdziecie granicę, cofnijcie zegarki o godzinę i przygotujcie się do dalszej podróży przez Polskę.


Share:

1 komentarz:

  1. Też chciałabym, żeby czas w moim mieście się zatrzymał...

    OdpowiedzUsuń